Konkurs „Ciąg dalszy nastąpi” – wyróżnienie

Ja szepnąłem na samym początku, że tam na skraju parku będzie bezpieczniej. Bo on pierwszy zbliżył się do mnie w tej najciemniejszej kępie drzew. Ale kiedy już szliśmy pod ogrodzenie przez połać trawy oświetlonej wątłym księżycem, on, 22-3-latek, widział mnie, starego, dokładnie? 

Tak kończy się fragment opowiadania Jerzego Nasierowskiego „Pyszczek w pyszczek”, który dostępny jest w tym miejscu. A taki jest ciąg dalszy tej historii według wyróżnionego w naszym konkursie Pawła Boczka.

Widział. Musiał widzieć. Ale jeśli widział, dlaczego nie odszedł? Dlaczego on, młody wybrał starego? Co on ma do roboty z takim jak ja, kiedy on może mieć każdego? Jest młody, nieźle wygląda… A zresztą, niechby i był szpetny, niechby odpychał – jest przecież bogaty. Albo to pozory, bo ta teczka jego, ten garnitur… Ale czy biedak stroiłby się w takie pióra, żeby przyjść do parku za potrzebą? Żeby zwalić, albo się wypiąć?

Idziemy. Ręce, patyki, kamienie uciekają spod butów, księżyc, drzewa, krzaki, trawa, ręce, spojrzenia, ręce, ręce, ręce. Wciąż idziemy, a ja go rozpracowuję. Dlaczego on, młody, ze starym? Chce się ufajdać, utytłać w starości? Woli starszych, starych!, bo dzięki temu, dzięki nam jest ciągle młody? Jesteśmy lepsi niż te wszystkie kremy, kremiki, na które pewnie go stać? Fetyszyzuje zmarszczkę? Młody nie ma nic do roboty ze starym! Jasne, ja mu zrobię to, co zrobiłby i młody. Wiadomo, doświadczenie, ale czy lepsze doświadczenie od siły, zapachu świeżości? Jezu, dlaczego on ze starym idzie? Czy on zawsze ze starymi i tylko dla starych? A może on chce pieniędzy? Nie, on raczej pomyśli, że to ja będę chciał od niego zapłatę za tę robotę.

Idziemy. Mijamy pary. Dopiero teraz zauważam, że to jest jakiś rytuał, jakaś norma, dogmat parkowej dłubaniny: wszędzie młodsi ze starszymi i nic tylko starość za ręce z młodością, starość przed młodością na kolanach, starość zlizująca młodość z młodości. Czyli to już jest ten moment, że ostatecznie jestem naznaczony wiekiem? Skoro on mnie wybrał – on, młodszy, mnie, starszego…

Przyspieszył. Ścisnął mnie mocno za rękę i prowadzi, właściwie wlecze na wcześniej upatrzone miejsce. Pędzi, zaczyna biec, jakby się miał zarazić wiekiem od tych w krzakach, co ich mijamy po drodze. Czyli jednak nie chce się w tej starości zatopić, nie chce się nią ubabrać? Dyszy. Dyszymy. Księżyc. Krzaki. Trawa. Ogrodzenie.

Dobiegliśmy. Stoimy przez chwilę w milczeniu, jakby bez inicjatywy, bez pomysłu na rozwój tego, po co przyszliśmy. Jak dziewice. On, młody – ja, stary. I nagle, widzę to bardzo wyraźnie, rozpina spodnie. Ha, jak będzie? Co on, młody, w tej swojej maklerskiej głowie obmyślił? Co mu za pomysł tam postał, do czego mnie, starego chce młodością przymusić, zaprosić? Klęknij. Myślę: dobrze, niech będzie po twojemu. Klękam i zajmuję się tą jego nabrzmiałą młodością. Ale w głowie mi od tego jeszcze bardziej szumi, że on młody, z pozycji młodości gubi się ze starym w krzakach, kiedy mógłby z młodym w łóżku, na wyprasowanych prześcieradłach. Stary z młodym młodnieje, ale młody ze starym? Przecież mu nie zapłaciłem, przecież mu nie zapłacę. O pieniądzach w ogóle nie było mowy. To on mnie zauważył, wybrał, to on pierwszy sięgnął do moich spodni. Ale dlaczego, dlaczego?! Syknął: nie rób zębami. Dlaczego napadło mnie teraz z tą jego młodością, moją starością, dlaczego w ogóle napadło? Dlaczego wyrosła przede mną młodość? Dlaczego tak bardzo urosła, nabrzmiała, wybujała do rangi problemu, kiedy ona zwyczajnie szuka zaspokojenia – byle jakiego zaspokojenia, szybkiego, anonimowego. I co z tym nagle, że przeze mnie jego młodość się paczy, a przez niego moja starość uwzniośla? Upodlenie przez uwznioślenie, uwznioślenie przez upodlenie? Jezu, o czym ja, co też mnie…

Klęczę przed nim jak przed świętym posągiem. Nawet ręce mam złożone jak do modlitwy. Tylko w rękach fiut zamiast gromnicy. Patrzę nad niego z dołu. Stoi wielki, prawie czarny w tym cieniu. Dyszy. Od czasu do czasu łapie mnie za głowę, dociska do siebie. Nie patrzy na mnie. Ma zamknięte oczy. Przeżywa? Brzydzi się? Brzydzi jak tylu innych, co tutaj przychodzą dla ulgi, a później na panelach, spotkaniach tak bardzo się brzydzą tymi, co włażą po nocach w krzaki? Oni są święcie oburzeni, oburzeni retorycznie, teoretycznie, ideologicznie. Światopogląd ich nie wytrzymuje tego ślinienia po parkach – wolą zamknąć się w sobie, obudować hipokryzją. My nigdy! A przecież to oni przede wszystkim! Ten też taki? Czysty, schludny, niezbrukany parkową trawą, poświatą księżyca, spermą na nogawce? Nie może (nie chce?) sięgnąć w tym swoim poukładanym życiu po to, po co przychodzi do parku? Park mu daje tę namiastkę normalności, w której może sobie popływać przez tych kilka minut jak w chlorowanym basenie? Ja mu robię za wodę i chlor?! A może on lubi ten dreszcz, że niby prywatnie, a jednak publicznie? Może ma dość gżenia się w pościeli? Jezu, jaki on jest, że ze mną, dla mnie, przede mną?! Gra, nie gra? Musi, chce?!

Nie gryź!

Nie gryź… I wyszło, że moja starość łapczywa na jego młodość, zachłanna. Już nie wystarczy lizać, już trzeba gryźć, dobierać się do jądra młodości, do jej sedna, istoty. Trzeba wgryźć się w tę młodość, wczepić, wpić i chłonąć wszystko, co ona ma do zaoferowania. Trzeba ją z pozycji starości osaczyć, obstąpić i zdominować – nawet jeśli całe to dobieranie odbywa się z pozycji submisywnej. A wtedy ona wstąpi w starość i starość rozświetli się na jeden ulotny moment. Czyli muszę być jak wampir. Tylko zamiast do szyi, do jej żył – dopadać rozporka i rozporkowych treści. Ssać stamtąd esencję, żywotność. Napaść, podbić, dosiąść!

I jesteśmy tak w tym parku – on, ja, my. Przemawiam do niego, do jego bytu przez fiuta, za fiuta pośrednictwem – przez fiuta łączę się z nim najpełniej. My dwaj, odrębni – teraz jako jedno. Starość i młodość zespolone w całość, na drodze do spełnienia. Nikt już nie jest stary, nikt nie jest młody, bo scalamy się w akt, w czyn stwarzający. My dwaj jako jedno, akolici testosteronu, my dwaj – demiurgowie. Urzeczywistniamy siebie poprzez siebie i wszystko z nas, przez nas. A to cośmy stworzyli, ścieka po trawie (bo wyszarpnął się ze mnie w ostatnim momencie), ta jego wyrzygana młodość, i zaraz wsiąknie w ziemię. Przez chwilę pachnie jeszcze kwitnącymi kasztanowcami – później nic. On się zapina, ja wstaję. A nad nami wszechświat odwiecznością odwieczny. I my we wszechświecie. A w środku tego wszystkiego kosmiczny, metafizyczny fiut. I wszystko wokół niego orbituje.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under konkursy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s